Miałem napisać to wcześniej, ale dopiero teraz znalazłem czas, którego powiedzmy, że nie miałem uprzednio. Nie jestem jakoś szczególnie stałym bywalcem sal kinowych, ale co jakiś czas złapie mnie chęć by pójść do kina na jakiś ciekawy film, aby się troszkę zrelaksować. Jak na razie tutaj we Włoszech, widziałem dwa filmy. Pierwszym z nich był film pt. 2012, a drugi to właśnie wspomniany w tytule The final destination 4, które wywarło na mnie szczególne wrażenie z powodu, że był on wyświetlany w 3d.

Pierwszy raz widziałem film w formacie 3d, który ogląda się w okularach, nawet nie wiem jak one się nazywają, ale dają świetny efekt, który co chwila wbija w fotel. Dla kogoś może się to wydawać zwyczajnym wydarzeniem, ale ja z tego względu, że rzadko chodzę do kina, to tym bardziej mogłem przeżyć ten film.
Już kiedy film się zaczynał dostałem pewną próbkę możliwości 3d, kiedy to wydawało mi się, że mogę złapać napisy początkowe w rękę, co było naprawdę oś niebywałe. Potem jakieś krople krwi, które pływały mi przed oczami i co chwila ręka, która mi świerzbiła aby złapać te krople.

Kilka razy można było się przestraszyć, że coś leci ci w oczy, kiedy to na przykład wielka deska przebiła jedną z aktorek, wydawało się, że ten kawałek drewna zaraz wleci osobie siedzącej przed ekranem prosto w głowę, co prowokowało swoisty odruch głowy do tyłu.
Niestety nie widziałem poprzednich trzech odsłon tego filmu, ale mimo to mogę powiedzieć, że warto było zapłacić za ten spektakl, a przy okazji również polecam do obejrzenia tego filmu, który do samego końca trzymał w napięciu.
Tagi: film, kino, Myśli, the final destination